Patrzysz na wypowiedzi wyszukane dla hasła: przejazdy autokarowe Włochy

Jak z Miediolanu na Dolny Śląsk?


<ciach

NTG, dziekujemy za spam i reklamy autobusowe. Krasniki Ci placa za reklame
na grupie kolejowej ?


Wiem, przepraszam mój post był spamem,dałem plamę po całości, ale chciałem
jakoś pomóc, i żadne Ku*** Kraśniki mi nie płacą, co to za jakieś
bezpodstawne pomówienia, poprostu podałem mu namiary, na firmę z której sam
korzystam jeżdżąc do Włoch, nie jestem zwolennikiem przewozów autokarowych,
ale to jest w obecnych czasach jedyny środek transportu, który ma
bezpośrednie połączenie Polska-Włochy-Polska, to moja wina że PKP nie ma
bezpośredniego połączenia z Włochami?!, a zresztą kolega, który prosił o
podanie relacji Milano - Polska sam zdecyduje, czym pojedzie, ja go nie
zmuszam do przejazdu autokarami, ani na siłę nie namawiam,ja bym sam wolał,
żeby to była KOLEJ, a nie autokar.Przepraszam za spam.  

 » 

Jak z Miediolanu na Dolny Śląsk?

Wiem, przepraszam mój post był spamem,dałem plamę po całości, ale chciałem
jakoś pomóc, i żadne Ku*** Kraśniki mi nie płacą, co to za jakieś
bezpodstawne pomówienia, poprostu podałem mu namiary, na firmę z której
sam
korzystam jeżdżąc do Włoch, nie jestem zwolennikiem przewozów
autokarowych,
ale to jest w obecnych czasach jedyny środek transportu, który ma
bezpośrednie połączenie Polska-Włochy-Polska, to moja wina że PKP nie ma
bezpośredniego połączenia z Włochami?!, a zresztą kolega, który prosił o
podanie relacji Milano - Polska sam zdecyduje, czym pojedzie, ja go nie
zmuszam do przejazdu autokarami, ani na siłę nie namawiam,ja bym sam
wolał,
żeby to była KOLEJ, a nie autokar.Przepraszam za spam.



Tys w ogole jakiergokolwiek polaczenia kolejowych nie podal.

A tak na marginesie, to nie sadze, by autobusy (dla milosnikow sportow
ekstremalnych) byly jedynymi kursujacymi bezposrednio srodkami transportu.
Samoloty w tej relacji nie lataja ?

podroz do petersburga

witam wszystkich
Nurtuje mnie straszne pytanie. Jak dostac sie do Petersburga? Moja kobieta tam mieszka i jak uslyszalem jak dzis wracala z wloch do domu to az kleknalem. Z tego co zauwazylem loty samolotem sa w kosmicznych cenach chcialbym sie tam dostac jeszcze w tym miesiacu a juz na pewno przed nowym rokiem.
Na stronie jest opis dostania sie pociagiem do Pitera czy jest on aktualny? Wazne jest tez dla mnie czy ktos wie jak cenowo wyglada sprawa przejazdu tam pociagiem a moze sa jakies autokary?
Mam nadzieje, ze uda mi sie tutaj znalezc odpowiedz
dzieki i pozdrawiam
hida

kto mijał alpy ??

raz jechalismy stopem z polski w sumie do nicei we francji no i pozniej wracalismy przez monaco, wzdluz morza do wloch, tam tez sa autostrady

no i wczesniej bylem na trekingu gorskim w dolinie aosty we wloszech, dojechalem do samego tunelu pod mont blanckiem,

tak wiec to sa dwie mozliwosci ominiecia alp od poludnia jadac przez cieszyn-czechy-wieden-wlochy (nie pamietam przejsc granicznych alle moge poszperac w paszporcie)

ta pierwsza wersja jest powszechna dla tirow i autokarow, jadacych na lazurowe wybrzeze i hiszpanie, ta druga jest na pewno drozsza bo przejazd przez tunel platny, ale za to te widoki, dla mnie bajka !!!, nie wiem co wolisz, moze raz ta droga a raz ta. niestety nie placilem za przejazd autostradami wiec nie wiem ile kosztuja autostrady, jesli moge pomoc to pisz co Cie interesuje?

 » 

Przez złodziei mieli dłuższe wakacje

Przez złodziei mieli dłuższe wakacje

Pięćdziesięcioro dzieci z Lubelszczyzny zamiast wracać z włoskich wakacji, musiało czekać kilka godzin na kolejny pojazd, bo ktoś ukradł im z parkingu autokar.
Samochód czekał na pasażerów na parkingu w Cesenatico pod Rimini na północy Włoch. W niedzielę rano, kiedy przyszła pora wyjazdu, okazało się, że w nocy ktoś ukradł autokar. Należał do firmy "Lubatour".

Do Włoch przyjechała nim 50-osobowa grupa dzieci z Lubelszczyzny. Musiały poczekać aż firma podstawi drugi samochód. W końcu przyjechała nim inna wycieczka.

Polski konsulat w Mediolanie zapewnił dzieciom prowiant na drogę. Ale na tym problemy się nie skończyły, bo kierowcy ze skradzionego autobusu nie zmieścili się w podstawionym. Firma zapewniła im przejazd do kraju innym połączeniem rejsowym.

Obecnie poszukiwania autokaru trwają nie tylko we Włoszech, ale - jak zapewniła włoska policja - także na terytorium całej strefy Schengen. Okazuje się, że kradzieże autobusów nie są niczym niezwykłym. Niedawno w Rzymie w rejonie placu św. Piotra ukradziono autokar z bagażami polskich pielgrzymów. W ciągu trzech lat łupem złodziei padło ok. 150 autokarów.

Źródło: Gazeta Wyborcza Lublin

Taxi z Wa-wy do RnJ

Znam tą pracę najlepiej z czasów jazdy autobusem na Mazury na zmianę załóg żeglarskich jeszcze w latach osiemdziesiątych Rolling Eyes
Rzeczywiście "robota" zaczynała się w momencie osiągnięcia przez autobus rogatek Wrocławia, flaszki szły szybko w ruch i często na rano do Giżycka dowożone były "zwłoki" o nikłej przydatności do robót pokładowych



Pamiętam jak jakieś 10 lat temu wybraliśmy się na autokarową wycieczkę do Hiszpanii. Flaszki poszły w Ruch natychmiast po wyjechani z Warszawki. Ponieważ była to wycieczka studencka do przejścia granicznego z Czechosłowacją było już po zakończeniu konsumpcji. Wszyscy zakładali, że będzie szybki przejazd przez góry i potem zaraz będziemy we Włoszech gdzie miał być odpoczynek i dzień spędzony w Wenecji. Niestety z powodów niezależnych od nas autobus czekał 12 godzin na granicy (kierowcom dowozili paszporty i przepustki dla autobusów na Włochy). Wyobraźcie sobie co się działo rano jak wszyscy mieli już wszystko wypite i tylko liry do kupienia czegoś nowego na klina. Jak w końcu autobus wtaszczył się na przełęcz Brennera to go mało nie pobiliśmy jak chciał jechać dalej zamiast się zatrzymać przy najbliższym kiosku albo stacji benzynowej.

Scania Irizar i4





We współpracy ze strategicznym partnerem w zakresie nadwozi autobusów, hiszpańską firmą Irizar, Scania wprowadza na europejski rynek nowy model Scania Irizar i4. Ten autokar klasy kombi posiada odmiany przystosowane zarówno do obsługi okazjonalnych przejazdów, jak i regularnej komunikacji międzymiastowej. Autokary Scania Irizar i4 będą sprzedawane i serwisowane przez sieć Scanii, co zapewni klientom pełną ofertę usług, serwisu i dostaw części. Dotychczasowa oferta Scanii w dolnym segmencie autokarów obejmowała modele Irizar InterCentury oraz OmniLine. Dzięki niedawno wprowadzonej serii OmniExpress oraz nowemu modelowi Irizar i4, Scania znacząco poszerzy swoją ofertę w tym ważnym segmencie rynku. Scania ma wyłączność na sprzedaż autobusów z nadwoziami Irizar na większości rynków europejskich (oprócz Hiszpanii, Portugalii, Włoch i Grecji). Stylistyka modelu i4 jest utrzymana w charakterystycznej, nowej linii zapoczątkowanej autokarami Irizar PB. Jest to także pierwszy model, który spełnia surowsze, niż dotąd przepisy dotyczące bezpieczeństwa w razie wywrotki EKG ONZ R66-01 (wejdą w życie w ciągu kilku lat). Autobus i4 dostępny jest w trzech odmianach aranżacji wnętrza, w wersji dwu- lub trzyosiowej oraz szerokiej gamie odmian pojemnościowych –od 11 do 15 metrów. Autobus może zostać wykonany w kompletacji przystosowanej do obsługi regularnej komunikacji międzymiastowej lub okazjonalnego ruchu turystycznego, a nawet w wersji umożliwiającej wykonywanie zamiennie obu tych funkcji. Wersja do komunikacji regularnej ma silniki o mocy 270-340 KM i przewidziana jest do eksploatacji na liniach podmiejskich oraz liniach międzymiastowych o niewielkiej odległości. Autobus posiada dwie pary drzwi w układzie 1-2-0. W standardzie montowany jest układ klimatyzacyjny. Wersja dla ruchu turystycznego posiada wyżej umieszczoną podłogę, tak aby pod pokładem zmieścić więcej bagaży. Do środka prowadzą także dwie pary drzwi, ale w układzie 1-1-0, a standardowe wyposażenie obejmuje m.in. niezależne zawieszenie przedniej osi oraz układ klimatyzacyjny. Autobusy i4 w wersji międzymiastowej napędzane są silnikami o mocy od 310 do 380 KM. Wszystkie jednostki napędowe wyposażono w układ recyrkulacji spalin EGR, który nie wymaga stosowania dodatków oczyszczających spalin. W standardzie, silniki te są łączone z mechanicznymi skrzyniami biegów Scania Comfort Shift. W opcji dostępne są także: przekładnia zautomatyzowana Scania OptiCruise oraz w pełni automatyczna skrzynia biegów ZF. Wszystkie są w standardzie wyposażane w retardery.

Wszystkie drogi wiodą do Rzymu

Z BIURAMI PODRÓŻY
Niewiele polskich biur podróży przygotowało specjalne wyjazdy na pogrzeb papieża. Oferty wyjazdów mają największe firmy z branży - już przed sezonem zarezerwowały miejsca hotelowe w Rzymie i okolicach. - Mamy jeszcze wolne miejsca na wyjazdy do Rzymu na pogrzeb papieża - mówi "Rz" Piotr Henicz, dyrektor sprzedaży i marketingu w biurze podróży Itaka (tel. 0-77 442 92 22, www.itaka.pl ). Firma od 16 lat specjalizuje się w wyjazdach na audiencje do Watykanu. Pracownicy Itaki spodziewają się, że przewiozą do Rzymu ok. tysiąca osób. Za 790 zł od osoby można z Itaką pojechać do Rzymu autokarem. W cenę wliczone są dwa noclegi, dwa posiłki dziennie, ubezpieczenie i opieka pilota. Odjazdy autobusów z Opola.

Ofertę dla pielgrzymów przygotowała Gromada (022 582 95 57, www.gromada.pl). Jutro rano autokary firmy wyruszają z Warszawy i przez Katowice jadą do Rzymu. W cenę 800 zł wliczone są przejazd, ubezpieczenie, dwa posiłki dziennie, opieka przewodnika i pobyt w hotelach 60 km od stolicy Włoch. Do tego trzeba doliczyć 5 - 10 euro na transport miejski w Rzymie.

Na pogrzeb Ojca Świętego można wyjechać jeszcze z:

• API Travel, tel. 0-22 621 27 24 (www.apitravel.pl) Wyjazd w terminie 6 - 10 kwietnia, odjazdy z Warszawy, cena 900 zł. W cenie: przejazd autokarem zakwaterowanie w hotelu **/*** w okolicach Rzymu ze śniadaniem, ubezpieczenie, opieka pilota.

• Bort Witours, tel. 0-33 812 23 51 (www.witours.com.pl) Wyjazd we wtorek 5 kwietnia i środę 6 kwietnia, powrót 10 i 11 kwietnia, cena 930 zł. W cenie przejazd autokarem, noclegi w hotelu pod Rzymem (ok. 50 km), dwa posiłki dziennie, ubezpieczenie, opieka pilota.

• Holiday Travel, tel. 0-22 825 95 01 (www.holidaytravel.pl) Wyjazd w terminie 6 - 9 kwietnia, wylot samolotem z Warszawy, cena 2400 zł. W cenie przelot, 3 noclegi w hotelu *** w Rzymie, dwa posiłki dziennie, ubezpieczenie i polski pilot.

• Rainbow Tours, tel. 0-22 622 08 22 (www.rainbowtours.pl) Wyjazd w terminie 6 - 10 kwietnia, cena 830 zł ze śniadaniem, dopłata do drugiego posiłku 50 zł. W cenie przejazd autokarem, zakwaterowanie w okolicach Rzymu (2 noce), opieka pilota, ubezpieczenie. • TT. Ricardo-Junior, tel. 0-22 621 47 47 (www.ttricardo.com.pl) Wyjazd w terminie 6 - 10 kwietnia, cena 780 zł. W cenie przejazd autokarem, hotel w okolicach Rzymu ze śniadaniem, ubezpieczenie, opieka pilota.

Zmiana miejsca wyjazdu na mecze

przede wszystkim warto uscislic dlaczego wyjazdy (autokarowe) byly/sa akurat z opola. przede wszystkim dlatego, iz osoby te autokary organizujace zamieszkuja (lub jak to jest w przypadku deza - zamieszkiwaly) w opolu.

stad tez przy checi organizacji wyjazdu - naturalne bylo zwrocenie sie do opolskich (a nie np. lublinskich ;-) biur podrozy, z ktorych jedno przedstawilo ciekawa oferte i z niej do tej pory korzystalismy.

druga kwestia to naturalnie lokalizacja. jadac do wloch jedzie sie przez czechy, a z opola jest do czech bardzo blisko. jadac autokarem z gdanska czy suwalk i tak jechaloby sie przez (lub obok) opola.

z podobnych przyczyn w przypadku meczu z arsenalem zbiorka byla w katowicach (a nie w opolu), gdyz... stamtad odlatywal samolot :)

to tyle w kwestii tego jak bylo - i do tej pory jest.

a jak moze byc - to kwestia dyskusji. na pewno spory klopot sprawia wyjazdowiczom firma PKP, polaczenia z niektorymi miastami sa tragiczne (stad tez, nawet jak nie moge byc na samym wyjezdzie staram sie sluzyc 'pechowcom' towarzystwem przed czy po) i to duzy problem. mozna zatem miejsce zbiorki przeniesc, ale pytanie: gdzie - i kto to zorganizuje.

zawsze bowiem do zalatwienia sa formalnosci i osoba "na miejscu" - gdziekolwiek by to nie bylo - jest bardzo potrzebna. pytania zatem nie stawialbym: "opole - tak czy nie", ale np. "opole, warszawa, krakow czy olsztyn?" najlepiej wczesniej sondujac czy w danych miejscach jest osoba, ktora dopilnowalaby kwestii organizacyjnych.

bo "samo" to sie, Sonar, niestety nic zrobic sie nie chce i wyjazd tez sie sam nie zorganizuje.

inna opcja mogloby byc zorganizowanie grupowego przejazdu wyjazdowiczow na miejsce zbiorki (czy byloby to opole czy suwalki), najlepiej samochodowego. to juz jednak zalezy od aktywnosci czlonkow MCP w danym regionie i ich organizacji.

PS. bardzo dobry temat, mam nadzieje, ze przeczytamy tutaj sporo komentarzy - i propozycji - aby poznac maksymalnie duzo opinii w tej sprawie.

zaproszenie od x.Jarka :)

EUROPEJSKIE SPOTKANIE STUDENTÓW
Z PAPIEŻEM BENEDYKTEM XVI
(spotkanie Duszpasterstw Akademickich Europy)

4 - 14 lipca 2009 r.

Program:
4-5 lipca przejazd do Włoch
I etap: 6-9 lipca: pobyt w jednym z włoskich miast uniwersyteckich (do wyboru): Wenecja,
Mediolan, Padwa, Perugia, Florencja, Rzym, itd., spotkania z włoskim duszpasterstwem akademickim
II etap: 9-12 lipca: pobyt w Castel Gandolfo (koło Rzymu), spotkanie z Benedyktem XVI, spotkania
ze studentami innych krajów, praca w grupach językowych,
13-14 lipca przejazd od Polski

Podstawowe Informacje:

- Jest to wyjazd autokarowy

- Z całej Europy będzie uczestniczyć ok. 3000 studentów.

- Z Polski pojedzie ok. 300 osób (6 autokarów)
(będą to przedstawiciele duszpasterstw wszystkich Diecezji Polski)

- Z całej Polski pojedzie 6 autokarów.

- Z Białegostoku ma to być grupa 8 studentów.
Grupa ta pojedzie w jednym autokarze z podobnymi, małymi grupami z następujących miast: Warszawa, Łowicz, Płock i Łomża.
Za nasz autokar odpowiedzialne jest Duszpasterstwo Akademickie z Warszawy (Kościół św. Anny)

Warunki uczestnictwa:
Osoba aktualnie studiująca i zaangażowana w duszpasterstwie akademickim, znajomość (przynajmniej średnia) jednego z trzech języków : angielski, włoski lub hiszpański.

Koszt całkowity:
Przejazd autokarem ok. 500 zł + 100 euro pobyt w Castel Gandolfo

Zapisy: u ks. Jarosława, kom. 600 694 575 lub email: katedra@da.bialystok.pl

Bardzo proszę, aby decydować się w miarę możliwości jak najszybciej (najpóźniej do 4 lutego). Dokładniejsze informacje będą podane po zapisaniu się.
Serdecznie zapraszam i zachęcam do tego wyjazdu 

Ks. Jarosław Grzegorczyk

Eurolines Polska

Znak firmowy Eurolines Organizacja skupia niezależne firmy przewozowe z 25 państw prowadzących wspólnie największą w Europie sieć połączeń autokarowych. Sieć pokrywa niemal cały kontynent i pozwala na odbycie podróży z Sycylii do Helsinek oraz z Casablanki do Moskwy.
Organizacja Eurolines wypracowała dla wszystkich swoich członków standard jakości oraz zharmonizowała warunki sprzedaży oraz podróży. W ten sposób wszyscy pasażerowie mają zagwarantowany ten sam wysoki poziom usług, niezależnie gdzie w ramach tej sieci się znajdują. Eurolines gwarantuje Państwu najbardziej konkurencyjne ceny biletów, bez dodatkowych opłat (opłaty drogowe, przeprawy promem, przejazdy tunelami, podatki). Przewoźnicy oddając do Państwa dyspozycji nowoczesne autokary wyposażone w klimatyzację, system audio-video, toalety, barek stwarzają warunki do miłej i wygodnej podróży.

W 1996 roku do Organizacji Eurolines została przyjęta Polska firma Pekaes-Bus (obecnie Veolia Eurolines), która do momentu utworzenia Eurolines Polska posiadała wyłączność na używanie znaku EUROLINES. Wspólne zezwolenia liniowe firm Pekaes-Bus, Comfort Lines i Omnia, a także wieloletnia współpraca tych firm zaowocowała utworzeniem w 2000 roku spółki Eurolines Polska, której zadaniem jest działalność marketingowo-handlowa na rzecz współudziałowców oraz rozpropagowanie w Polsce popularnej i dobrze kojarzonej w Europie marki EUROLINES. Obecnie współudziałowcami spółki Eurolines Polska są: Veolia Eurolines, Comfort Lines, Omnia, Omnia Travel, Biacomex, Jordan, Sokół. Ponadto partnerami Eurolines Polska są: Turysta Wałbrzych, Oad Polska, Europa Express oraz Awizo.

W chwili obecnej Eurolines Polska dysponuje 85 licencjonowanymi liniami, obsługuje przystanki w 165 miastach Polski. Przewozi pasażerów do 24 państw - Anglii, Austrii, Białorusi, Belgii, Czech, Danii, Estonii, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Irlandii, Litwy, Luksemburga, Łotwy, Niemiec, Norwegii, Rosji, Szwajcarii, Szwecji, Ukrainy, Włoch, Węgry. Eurolines Polska dociera do ponad 212 miast Europy. Bilety można nabyć w 1500 biurach podróży w całej Polsce, a także za pośrednictwem strony internetowej.

http://www.eurolinespolska.pl/

obliczenie kosztów przejadu- b.pilne


Zdażyło się (bliska osoba zachorowała)  że muszę z Olsztyna jechać w okolice
Rzymu (rieti) samochodem własnym z LPG. Kupiłem mapy i ślęczę w internecie
jak to jechać.
Koszt musi być minimalny,(biedny jestem, pieniądze pożyczyć muszę) jak


Powaznie zachorowala ? www.airpolonia.com.pl moze sie okazac tansza.
PKP tez mozna skontrolowac, albo jakies autokary.

najmniej płatnych autostrad itp. Ogólnie jak najmniej wydać,


Nie zawsze tedy droga - zaoszczedzisz na autostradzie, wydasz na mape.
Pojedziesz dluzej - trzeba nocleg jakis. Za dlugo pojedziesz - auto
rozbijesz.

Chodzi mi aktualne informacje, nigdy nie byłem za granicą!


Zielona karta niby nie potrzebna, ale idz do ubezpieczyciela i wez.
Darmowa ma byc. Ubezpieczenie assistance ponoc tanie PZU ma.
Jakis formularz dla tej chorej moze byc przydatny, co to ostatnio
reklamuja ze koszty leczenia pokrywa.

We wloszech ponoc kamizelka odblaskowa potrzebna. Widzialem ostatnio
jakies w Tesco, bo allegro cie chyba nie interesuje.

Pomóżcie proszę obliczyć koszty, co i jak kupić i gdzie po drodze (paliwo)
zbiornik gazu 30L, paliwa 60L. Spalanie gazu 10L/100 benzyna 9L/100


To jest jednak 2000km lub wiecej w jedna strone. 400 litrow gazu
pojdzie, wiec z 1000 zl potrzebujesz, a i rezerwe trzeba miec.

Najpierw trasa - program mi podpowiada ze przez Berlin,
i polecam, choc uprzedzam ze bedzie drozej. Ale za to w droge bierzesz
tylko euro - to tez jakis zysk.
Alternatywna droga to chyba Slask-Cieszyn-Brno-Mikulov-Wieden-..
lub  przez slowacje [zilina-Bratislawa]

winietka na austrie 7.60 euro [10 dni], czechy 150 kr [tez 10 dni],
Slowacja podobnie, warto na pierwszej stacji benzynowej w danym kraju
a nie wczesniej.
W niemczech autostrady bezplatne, we wloszech placisz od odcinka,
tak mniej wiecej 5 euro/100km.Jesli przez niemcy - to dodatkowo w
austrii zaplacisz pare euro za przejazd przez Brenner.

ceny paliw znajdziesz na http://www.pzm.pl/.
Generalnie wiadomo ze w Polsce najtaniej, w Czechach tanio.
Wiec na polskiej granicy tankujemy na maksa, wyjezdzajac z czech tez,
a wracajac tak kombinujemy zeby z pustym bakiem zajechac.

W Austrii gaz jest duzym problemem, ostatnio ktos tu pisal ze trafil w
Grazu na stacji Agip. Wiec bierzemy pelen bak benzyny z kraju
na wszelki wypadek - w koncu nie zginie

W Niemczech o gaz latwiej, ale trzeba z autostrady zjechac. I rozrzut
cen spory.
We Wloszech jeszcze latwiej - ale na autostradach nie zawsze.
Stacje z gazem na calej trasie bywaja male, wiec nie zawsze da sie
placic karta, gotowka niezbedna.

www.gas-tankstellen.de - warto tam sobie spisac stacje na
przewidywanej trasie, i spojrzec na godziny otwarcia. Ze szczegolnym
uwzglednieniem austrii i okolic.

Warto po drodze zanotowac gdzie stoi stacja przydatna w drodze
powrotnej - i ile km od granicy.

tak orientacyjnie
przez Niemcy:
- 500km po kraju
- 750  Niemcy
- 100  Austria
- 700  Wlochy

zakladajac ze po niemczech trafisz gaz po 0.55 euro - wychodzi razem
ok 450 zl. tzn 100zl + 70 euro.
+ autostrady austryjackie[7.60+2*8 za brenner] + wloskie [~35e, mozesz
omijac] - 200 euro wypadaloby miec. Lepiej 400 - w koncu nie zgina
po powrocie, albo karte kredytowa.

Przez czechy wychodza podobne kwoty - wiec raczej polecam niemcy.
Pozostaje koszt noclegu - choc od polskiej granicy zajedziesz w jeden
dzien.

J.

Teraźniejszość i przyszłość polskiej kolei


Konkurencja dla PKP

PCC Rail i Arriva chcą uruchomić kolejowe przewozy pasażerskie w Polsce.

Spółka PCC Rail z Jaworzna, wyspecjalizowana w kolejowych przewozach towarowych, zamierza wspólnie z brytyjskim potentatem transportowym - firmą Arriva PLC, uruchomić w Polsce przewozy pasażerskie. Obie firmy planują utworzenie w tym celu spółki joint- venture.

O zawarciu umowy o współpracy poinformowała w środowym komunikacie spółka z Jaworzna. Współpraca obu firm ma być - jak napisano - "stała i długofalowa". Szczegółów ani możliwych terminów rozpoczęcia przewozów na razie nie podano.

"Rozpoczęcie przewozów pasażerskich uwarunkowane jest wieloma czynnikami, w dużej części niezależnymi od nas. Chodzi przede wszystkim o procedury związane z dopuszczeniem taboru do ruchu, zgody urzędów centralnych, umowy na korzystanie z infrastruktury kolejowej" - powiedział PAP prezes spółki Kolej Nadwiślańska z grupy PCC Rail, Rafał Błaszkiewicz.

Brytyjska Arriva PLC, to jedna z największych firm sektora transportu publicznego w Europie. Przewozi rocznie około miliarda pasażerów w ośmiu krajach. W Wielkiej Brytanii, Danii, Niemczech i Holandii świadczy usługi w zakresie przewozów kolejowych (głównie podmiejskich i aglomeracyjnych) i autokarowych, a we Włoszech, Portugalii, Hiszpanii i Szwecji ľ autokarowych, zarówno w aglomeracjach, jak i na dłuższych dystansach. W przyszłym roku planowane jest uruchomienie przewozów kolejowych także w Szwecji.

Grupa Arriva zatrudnia w Europie prawie 33 tys. pracowników. W ubiegłym roku jej zysk wyniósł 86,3 mln funtów, przy ponad 1,6 mld funtów przychodów.

Współpraca Arrivy i PCC Rail w Polsce może - według Błaszkiewicza - dotyczyć usług na różnych dystansach. Partnerzy nie wykluczają przewozów aglomeracyjnych i regionalnych, jak i międzyregionalnych.

Spółka PCC Rail organizowała już pilotażowe przejazdy pasażerskie. W lutym tego roku jej pociąg jeździł po Górnym Śląsku - zarówno po torach Polskich Linii Kolejowych, jak i prywatnych przewoźników, których na Górnym Śląsku jest najwięcej w Polsce. Odwiedził m.in. Katowice, Pszczynę, Gliwice, Mysłowice, Rybnik. Inny pilotażowy przejazd zorganizowano na Dolnym Śląsku, między Wrocławiem a Brzegiem Dolnym.

Przewozy te miały pokazać, że możliwa jest alternatywa wobec PKP. Przedstawiciele spółki deklarowali wówczas, że gotowi są rozpocząć przewozy pasażerskie w skali 6-8 pociągów dziennie. Za możliwy termin ich uruchomienia na Górnym Śląsku wskazywano 2007 r. Firma rozmawiała o przewozach pasażerskich z kilkoma samorządami województw, m.in. dolnośląskim, pomorskim i śląskim. Licencję na przewozy pasażerskie ma spółka Kolej Nadwiślańska z grupy PCC Rail.

PCC Rail Szczakowa należy do niemieckiego koncernu PCC AG z Duisburga, mającego obroty ponad 750 mln euro rocznie. Jego polska spółka-córka z Jaworzna-Szczakowej jest drugim prywatnym przewoźnikiem towarów w Polsce.

W kwietniu tego roku kilkanaście spółek należących do grupy PCC Rail utworzyło holding, wyspecjalizowany w usługach logistyczno-transportowych. Konsolidacja - jak wówczas informowano - ma umocnić pozycję rynkową grupy, planującej m.in. na rozwój przewozów transgranicznych i rozpoczęcie przewozów pasażerskich.

Holding PCC Rail - według danych firmy - realizuje ok. 21 proc. wszystkich przewozów towarowych wykonywanych przez prywatnych przewoźników kolejowych. Ogólny udział w wielkości krajowych przewozów towarowych koleją to ok. 3,5 proc. W ubiegłym roku spółki grupy przewiozły łącznie 11 mln ton towarów, osiągając 465 mln zł przychodów ze sprzedaży, o 55 proc. więcej niż rok wcześniej.

Do holdingu należy 80 lokomotyw i blisko 3,7 tys. wagonów towarowych różnych typów, w tym cystern. PCC Rail kontynuuje tradycję Kopalni Piasku "Szczakowa", która z lokalnego przedsiębiorstwa wydobywczo-transportowego stała się spółką transportową. Jest też producentem piasków kwarcowych - podsadzkowych, formierskich i budowlanych. Spółka PCC Śląskie Linie Kolejowe zawiaduje ok. 150 km linii kolejowych oraz bocznicami, posterunkami ruchu i przejazdami drogowymi.

autor artykułu: pap-kk

KOSZTORYS XXXI MŚ ITALIA 2009

Poniżej przedstawiamy wstępny kosztorys wyjazdy kadry Narodowej na tegoroczne „XXXI Mistrzostwa Świata w Armwrestlingu – Włochy 2009”

Zarząd FAP przypomina również, że ewentualne miejsca reklamowe na koszulkach kadry nie mogą przykrywać barw narodowych.
   

WSTĘPNY KOSZTORYS XXXI MISTRZOSTW ŚWIATA – ITALIA 2009:

Data: od 06  do 13 września 2009

- 05-06 września - przyjazd drużyn
- 07 września – rejestracja drużyn, kongres WAF
- 08 września – ważenie juniorzy, mastersi, osoby niepełnosprawne, seniorzy i seniorki
- 09 września - lewa ręka juniorzy, mastersi, grand mastersi i osoby niepełnosprawne
- 10 września - prawa ręka juniorzy, mastersi, grand mastersi i osoby niepełnosprawne
- 11 września - lewa ręka senior
- 12 września - prawa ręka senior
- 13 września - wyjazd drużyn

Gdzie: Rosolina Di Mare, Włochy (region Wenecja)

Zakwaterowanie:

Hotel ***:
Pokój 1 - osobowy – 50 euro dobo/osoba (ze śniadaniem)
Pokój 2 - osobowy – 38 euro dobo/osoba (ze śniadaniem)
Pokój 3 - osobowy – 35 euro dobo/osoba (ze śniadaniem)

Bungalow ****:

2 – osobowy – 24 euro dobo/osoba (ze śniadaniem)
4 – osobowy – 23 euro dobo/osoba (ze śniadaniem)

Bungalow ***:
2 – osobowy – 18 euro dobo/osoba (ze śniadaniem)
4 – osobowy – 13 euro dobo/osoba (ze śniadaniem)

W powyższych zakwaterowaniach istnieje możliwość dokupienia lunchu – 16 euro osobo/lunch

Wakacyjny apartament:

2 – osobowy – 13 euro dobo/osoba (ze śniadaniem)
4 – osobowy – 13 euro dobo/osoba (ze śniadaniem)
5 – osobowy – 12 euro dobo/osoba (ze śniadaniem)
6 – osobowy – 11 euro dobo/osoba (ze śniadaniem)

W powyższym zakwaterowaniu nie ma możliwości dokupienia lunchu.

Organizator zapewnia darmowe przejazdy autokarowe z miejsca zakwaterowania do miejsca mistrzostw.

UWAGA: Im bliżej terminu Mistrzostw Świata, tym dostępność zakwaterowania może być ograniczona. Prosimy więc o jak najszybsze potwierdzanie zakwaterowania.

Dojazd:

- Autokar / Bus:
Istnieje możliwość zorganizowania przez FAP wspólnego autokaru / busa (uzależnione od ilości zgłoszonych zawodników). Wstępny koszt autokaru wraz z zakwaterowaniem i pełnym wyżywieniem dwóch kierowców to ok. 18 tys. PLN (przy założeniu 40 osób koszt wynosi 450 PLN osoba, przy 30 osobach 600 PLN).

- Samolot:
Szacowany koszt przelotu tam i z powrotem (wyliczenie na trasie przelotu Warszawa – Rzym – Verona na dzien 24-06-2009 r.) to koszt od ok. 1100 zł w wzwyż (lotniska docelowe we Włoszech: Venice, Treviso, Verona)

- Bus – linia autobusowa stała:
Istnieje możliwość przejazdu regularną linią na trasie Polska – Włochy – Polska. Szacowany koszt takiego przejazdu to od ok. 700 PLN w dwie strony (dane z http://www.eurolinespolska.pl - niestety w tym przypadku zwiększy się ilość dób hotelowych do 10. / wyjazdy z Polski w wtorki i piątki, natomiast z Włoch – Verona we wtorki).

Organizator zapewnia darmowe przejazdy autokarowe z lotniska do miejsca zakwaterowania.

UWAGA! Jeżeli któryś z zawodników lub działaczy FAP znajdzie inną, tańszą opcję dojazdu prosimy o kontakt z biurem Federacji Armwrestling Polska.

Opłaty startowe:
junior - 20 $ (za każdą rękę)
senior / masters - 40 $ (za każdą rękę)
niepełnosprawni - 20 $ (za każdą rękę)

Strój reprezentacyjny:
Wstępny koszt ok. 160 zł (istnieje możliwość wykorzystania poprzedniego stroju reprezentacyjnego). Brak stroju reprezentacyjnego musi zostać zgłoszone przy potwierdzaniu uczestnictwa w Mistrzostwach Świata.

Wyżywienie: we własnym zakresie

Kobiety a kolej


A dlaczego nie chciałeś pokazać twarzy? Może byłeś agentem CIA jak
Kukliński?


maska jak sama nazwa wskazuje sluzy i sluzyla mi do ograniczonego pobodu odoru
moczo-stolcowo-żygowego zawierajacego sie pomiedzy przedzialami i korytarzami
naszej sprochnialej PKP i należących do niej wagonow

Nie kilka godzin - bez przesady . W ogóle oczerniacie socjalizm - były
przejściowe trudności z zaopatrzeniem,


to nie byly przejsciowe, ten system zakladam PERNAMENTNE  trudnosci, czego nie
bylo za duzo i bylo w nadmiarze to kolejki za czymkolwiek i gdziekolwiek... a
przy okazji debilne gromadzenie zapasow przez mieszkancow... a to tona masla na
balkonie, a to wagon boczku w piwnicy... "to na czarna godzine panocku"

ale to dlatego że starano się
rozdzielić dobra bardziej sprawiedliwie - nie jak dzisiaj - wszystko dla
bogatych a dla biednych śmietniki. :(


i tym sposobem twej sprawiedliwosci polska siegnela dna cywilizacyjnego,
zabierajac co sie da wszytko i wszytkim odpowiednimi ustawami, na te kradziez w
imie prawa pragne ci zwrocic uwage, cobys nie myslal ze przyglupy z KC PZPR
brali wszytko z niczego, po prostu kradli twoja, moja , kazdego z nas prywatna
wlasnosc... wszytko w imie prawa

Bo ludzi było stać na bilety i jeździli do innych miast odwiedzać znajomych
czy na zakupy - teraz nie mają pieniędzy to siedzą w domu


na zakupy jezdzilo sie czlowieku dlatego, ze na przyklad w Lesznie bylo latwiej
o mieso zas w Brzegu o buty  w innych Obornikach na przyklad byly gwozdzie  w
Swidnicy zas byly czesci do syrenki( tego wybranego przez ciebie ostatnio
samochodu, ktory byl lepszy od dziesiejszego DU czy innego fiaciora)
to nie tanie przejazdy a raczej  glos natury wolajacy aby pusty zoladek byl w
miare zaopatrywany, aby nie zdychal z glodu, jezdzila wiec wiara za chlebem, za
miesem, i nie tylko....na wczasy tez... i co z tego...zafdna z tego przyjemnosc
byla, smrod - odór , obrzydzenie podrozy w wagonach PKP nie zapomni z wielu z
nas juz do konca zycia

To tak jak dzisiaj po zasiłek...


wiesz... czasem trzeba dac lopate temu aby wykopal sobie w koncu te swoje
ziemniaki , gdy przez lata bedzie czekal na przyznane  mu w zasilku  ziemniaki
---w koncu zapomni jak je wykopac....

Obrażasz Polaków twierdząc że byli brudni i cuchnący.


nie tylko polacy jezdza i jezdzili pociagami
tak, dokladnie widac pamietasz jaki wtedy i dzis smrod panoszy sie po srodkach
komunikacji zbiorowej, dlatego, i w zasadzie tylko dlatego unikam jak moge
wszelkaiego dobra zwanego "komunikacja zbiorowa"

Dzisiaj połowy ludzi
nie stać na chleb - co dopiero mówić o mydle czy biletach kolejowych.


tak i nagle  ni z tego i z owego, tak ot... ktos nagle jeden czlowiek w kraju
kupuje przez ostatnie lata ponad pol miliona NOWYCH samochodow rocznie... facet
zdecyduj sie albo bieda i brak sprzedazy czegokolwiek albo jest OK i
gazety/roczniki statystyczne mnie klamia.....

Dzieci
szukają jedzenia w śmietnikach.


to niech ida do szkoly uczyc sie jak na chleb zarobic

Wtedy jeden pociąg przewoził tyle osób co
dzisiaj 500 samochodów - mniej było spalin, wypadków, napadów na kierowców.


wtedy taka tendencja panowala na calym cywilizowanym swiecie.... Polska nie byla
jakimkolwiek wyjatkiem... w dodatku... jak z $20/miesiac  (i mniej) mozna bylo
kupic sobie po dwa trzy samochody na rodzine????

Drogi były równe - nie było kolein.


wiesz co?? ubawiles mnie... jakiez ty mozesz miec pojecie o rownych drogach????
chyba nigdy po Wrtoclawiu, Bydgoszczy , Gornym Slasku nie jezdziles, a od 30-40
lat jakos poprawy, znacznej poprawy nie widze

W ogóle Ty i G. Perczak jesteście
oderwanymi od realiów skrajnymi liberałami - a to nie komunizm, ale
liberalizm doprowadził Polskę do niewyobrażalnej biedy.


taaa. bieda az piszy, bieda nam daje nowiutkei mieszkania, bieda na prezentuje
600- 700 tysiecy nowych samochodow rocznie, bieda nam wypelnia autokary
zdazajace na pielgrzymki do Rzymu, Fatimy,  bieda nam podarowala kilkanascie
milionow nowiutkich telewizorow, bieda takze poprzykrecala niemal do kazdej
kamienicy( jejku co za wredna bieda - tak niszczy kamienice)antene satelitarna,
bieda wciska nam na nogi nowiutke Livisy, wranglery i takie byle co na nogi- Dr
Marten's...
zyczylbym sobie aby taka bieda panowala u mnie w domu:)))))

Przez ostatnie 10
lat nastąpiła nie notowana w skali dziejów biologiczna degradacja narodu -


oooo no rewelacja!!!! jakos tak z 36 milionow zrobilo sie juiz bodajze 40....
wiec degradacja zawiera sie w slowie "przyrost"... znakomite to, znakomite

przyznają to nawet prawicowcy jak Olszewski czy Rydzyk.


ci sami co w chicago zostali obrzuceni jajami i wysmiani we wszelkich srodkach
masowego przekazu....
wiesz... wieszczow narodowych na Polskiej Paradzie wita sie  kwiatami nie zas
pokazaniem swego zadu w ich strone!!!!

Produkcja
przemysłowa wg niezależnych ekonomistów spadła o kilkadziesiąt procent -
mówi sie tu nawet o 90%!!!


tak... szczegolnie produkcja PRLu byla przydatna... szczegolnie huta katowice
tak sie nam przydala,  jak imc panu Zabłockiemu- mydło

Stopa życiowa ludności drastycznie się obniżyła
przy kilkudziesięciokrotnym wzroście cen.


tak tak... szczegolnie popyt na samochody i tego typu sprawy sie tragicznie
obnizyl... kurcze... kraze juz od godziny i parkingu znalezc nie moge.... chyba
sie bieda zbliza z kolejnym pociagiem dla mnie wyladowanym nowiuskimi
samochodami

Bilety kolejowe na pociągi osobowe
są w Polsce droższe niż we Włoszech!!!


takze drozsze jak w rosji, bialorusi, ukrainie... zas tansze jak w niemczech...
francji.. i pozostalej europie...
i co z tego... jaki rynek  takie ceny( doplaty tez maja swa role tu, lub debilna
polityka nakazowo-polityczno-rozdzielcza)

A Inter City tańsze o połowę - żeby
biznesmeni nie musieli wydawać za dużo pieniędzy. Ludzie żebrzą na ulicach o
kawałek chleba - pokażcie mi żebraka za komuny!!!


nie zdazyl sie pokazac. milicja byla uczulona na ludzie szwedajacych sie bez
celu po ulicy...a jesli juz, to poczytajk gazety... wez rocznik 1976 i poczytaj
o nurkach dolujacych w rury centralnego obrzewania w warszawie, wrocku, w kazdym
wiekszym miescie

Kończę już bo i tak Was nie przekonam ...:(   Kiedys przekonacie się sami.


do czego mam sie przekonac???? do PeeReLu???
za dlugo w tym gnoju zylem aby z checia tam wracac.... moze przed wyborami do
parlamentu czy tez samorzadowymi podskocz tak na rok bez szmalu na ukraine lub
bialorus, do wietnamu, na kube, zyj tak jak ONI tam zyja... mysle ze po kilku
tygodniach wszelkie teksty jakimi tu nas trawisz wybijesz sobie exxxxxxxxxpresem
"Odra" z glowy

Vindobona - relacja z podróży

Przygotowywałem ostatnio wpisy do albumu ze zdjęciami, który dotyczył będzie mojej ostatniej podróży do Austrii. Powstała z tego pokaźnych rozmiarów relacja. Może was zainteresuje.

W tej dużej (choć skrótowej) relacji umieściłem zdjęcia znalezione w Sieci, albowiem nie mam skanera, a poza tym swoich zdjęć jeszcze nie zdążyłem wywołać (a mam ich ponad 100).

Jeśli komuś uda się przedrzeć przez tę relację, to zachęcam do wypełnienia ankiety i napisania, co wam by się podobało najbardziej.

DZIEŃ I (21.07): HEURIGEN i ALMDUDLER

Z Polski wyruszamy około godziny 11.30. Granicę w Chyżnem pokonujemy bez większych trudności. Problem pojawia się jednak w chwili, gdy postanawiamy kupić winiety na słowackie i austriackie autostrady: sprzedawczyni nie pojawia się przez godzinę, choć - według notatki, którą zostawiła - powinna wrócić po trzydziestu minutach. Czekamy w nieznośnym upale. W końcu udaje nam się kupić winiety i ruszamy w dalszą drogę. Przejeżdżamy przez Słowację, kierując się na Nowy Kubin, a następnie Żylinę, i podziwiając piękne widoki oraz liczne zamki w dolinach rzek. W Bratysławie podejmujemy decyzję: granicę przekraczać będziemy na starym (gorzej oznaczonym, lecz mniej uczęszczanym) przejściu. Nie podążamy zatem za dużymi, zielonymi tablicami, które pokazują drogę na nowe przejście graniczne. Kierunek jazdy (w lewo) wskazuje nam niewielka, niebieska tablica. Odprawa przebiega szybko. Jesteśmy w Austrii.

Tuż za granicą znajduje się małe, bardzo piękne miasteczko. Podziwiamy wąskie, nastrojowe uliczki, które - jak twierdzi Agnieszka - przypominają Galicję. Od razu zauważam też element krajobrazu, który mógłby być znakiem rozpoznawczym austriackich wsi: uplecione w wianek (Buschen) gałązki drzew, które wywiesza się w pobliżu winiarni (Heurigen). Jeśli zielony wianek znajduje się w widocznym miejscu, a w pobliżu natrafimy na tabliczkę z napisem ausg'stekt ("wywieszone"), to możemy być pewni, że winiarnia jest otwarta. Ten zachowany do dziś zwyczaj jest konsekwencją prawa ustanowionego przez cesarza Józefa II w 1784 roku: Heurigen mogą być otwarte nie dłużej niż trzysta dni w roku.

Podążamy następnie autostradą A4, a po pewnym czasie wjeżdżamy na autostradę A23 w kierunku Gratzu. Skręcamy w zjazd oznaczony jako "Gürtel" i wjeżdżamy do Wiednia. Podążamy prosto w kierunku Lintzu. Obok pałacu Schönbrun, który widzimy w oddali, skręcamy w Johanstrasse, potem jedziemy szeregiem alei (gasse): Possingergasse, Herbstrasse, Kreitnergasse, przyglądając się z podziwem architekturze ruchliwych wiedeńskich ulic. Na Koppstrasse skręcamy w prawo i docieramy pod adres Klausgasse 9, gdzie znajduje się miejsce naszego pobytu.

Tego wieczoru po raz pierwszy próbujemy austriackiej kuchni. Jesteśmy zgodni: informacje o wyjątkowym smaku i różnorodności tutejszego pieczywa są prawdziwe. Zainteresowanie naszego podniebienia wzbudza również Almdudler - łagodny, gazowany napój o imbirowym smaku sprzedawany w całej Austrii.



DZIEŃ II (22.07): DOLNA AUSTRIA

Tego dnia zwiedzamy (dość pobieżnie) sporą część Dolnej Austrii. Wyjeżdżamy z Wiednia w kierunku St. Pölten. Docieramy do Mayerling. Widzimy pałacyk, z którym związane jest jedno z najbardziej tajemniczych wydarzeń w historii Habsburgów: książę Rudolf zamordował tutaj swoją siedemnastoletnią kochankę, Marię Vesterę, a następnie popełnił samobójstwo. Do dziś trwają dyskusje nad przyczynami (polityka, miłość lub syfilis) tej zbrodni i nad sposobem, w jaki próbowaną ją ukryć (np. w kilkanaście godzin po rozegraniu się tragedii całkowicie ubrane ciało Marii z pierwszymi oznakami rozkładu zostało wepchnięte w pozycji stojącej do powozu i w tajemnicy pochowane na cmentarzu w Heligenkreuz).



W okolicach Hafnenbergu, w Lesie Wiedeńskim oglądamy neobarokowe sanktuarium Klein Mariazell, po czym ruszamy do Krems (an der Donau). To jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widzieliśmy. Miasteczko położone jest na pokrytych winnicami tarasowych wzgórzach. W centrum, na różnych wzniesieniach (wyżej i niżej) usytuowane są trzy zabytkowe kościoły.



Zatrzymujemy się pod późnoromańskim Pfarrkirche (kościół parafialny), przechodzimy obok słynnej winiarni (otwarta, można degustować wina do woli) oraz ratusza i wkraczamy na największy w mieście deptak, Landstrasse. Przy tej wąskiej brukowanej uliczce znajduje się mnóstwo renesansowych domów z arkadowymi dziedzińcami. Siadamy w jednej z kawiarni, która jest zarazem niewielką galerią sztuki, zamawiając cztery oranżady oraz kawę (w Austrii zawsze podawana ze szklanką zimnej wody). Rachunek opiewa na 10 € (włączając napiwek). Potem ruszamy pod górę na Hoher Markt, najpiękniejszy z placów w Krems, i wspinamy się dalej aż do późnogotyckiego Piaristenkirche (kościół Pijarów) ze wspaniałym gwiaździstym sklepieniem. Rozpościera się stąd niesamowity widok na całe miasto i pobliskie winnice. Schodzimy w dół (do Pfarrkirche) niewielkimi, stromymi uliczkami, wokół których i nad którymi (na różnego rodzaju drewnianych występach) położone są pełne kwiatów ogródki.



Jedziemy doliną Dunaju do Melku, mijając szereg malowniczych ruin zamków oraz wiosek. Przypomina mi się wiersz Brodskiego "W Anglii", którego fragmenty dosyć wiernie oddają nastrój widzianych przez nas miejsc w Austrii:

Angielskie wsie kamienne. W oknie karczmy leży
butelka w kształcie katedralnej wieży.

Znowu pojawia się mnóstwo winnic, a co za tym idzie - mnóstwo Buschen i Heurigen ze zdobionymi (najczęściej w kształty beczek) bramami. Zatrzymujemy się pod jedną z winiarni, degustujemy białe wina i zajadamy się darmowymi morelami, które leżą w skrzynkach przed wejściem. Po drugiej stronie ulicy, u podnóża wzniesienia, na którym rozciąga się winnica, widzimy sad morelowy. Gdzieś w oddali, po drugiej stronie Dunaju, dostrzegamy z kolei niebieską wieżę kościoła w Spitzu. Ugasiwszy pragnienie i zaspokoiwszy głód, ruszamy w dalszą drogę.

Docieramy na parking pod słynnym opactwem benedyktynów w Melku. (To stąd pochodził Adso, jeden z bohaterów "Imienia róży" Umberta Eco). W oddali widzimy barokowe zabudowania klasztoru.



Idziemy w ich kierunku, pokonując malownicze schody i przechodząc obok wejścia do klasztornych ogrodów.



Na dziedzińcu opactwa (Prälatehhof) znajduje się potężna fontanna. Przechodzimy na drugą stronę i udajemy się do kolegiaty (Stiftkirche). Podziwiamy tam złoconą ambonę, główny ołtarz z postaciami św. Piotra i św. Pawła oraz rzeźby, freski i malowidła. Szczególną uwagę zwraca jednak wspaniała ośmiokątna kopuła na wysokości 60 metrów.



Do wnętrza klasztoru, gdzie znajduje się między innymi słynna biblioteka, nie wchodzimy.



Zmęczeni nieznośnym upałem udajemy się do kawiarni. Zamawiamy trzy piwa i dwa Almdudlery. Koszt: 13 euro.

Wracamy do Wiednia i zasiadamy do gorącej kolacji. Pieczoną gęś popijamy młodym winem, które kupiliśmy dzisiaj w jednej z winiarni w dolinie Dunaju. Po posiłku udajemy się pieszo do centrum miasta.



Pokonanie spacerem trasy: Klausgasse - Gablentzgasse - Burggasse zajmuje nam około czterdziestu minut. Jesteśmy pod Volkstheatre. Zapada zmrok. Idziemy przez Messeplatz i park cesarzowej Marii Teresy (mijając Museum Quartiers, Naturhistorisches Museum, Kunsthistorisches Museum), Burgring (mijając Hofburg i Burggarten), Goethegasse (mijając pomnik Goethego i Albertinę). Wkraczamy na Kartnerstrasse, jeden z głównych deptaków starego miasta, i dochodzimy do Stephansplatz, na którym wznosi się potężna katedra. Wszystkie te miejsca będziemy w ciągu kilku następnych dni zwiedzać dokładnie. Wstępujemy jeszcze do jednego ze sklepików z pamiątkami (w sieci "Mozart") i ruszamy w drogę powrotną. Na rogu Kartnerstrasse i (bodajże) Plankengasse kupujemy cztery gałki pysznych lodów (1 gałka - 1 euro; 2 gałki - 1,5 euro; 3 gałki - 2,2 euro etc.). Wracamy przez Neuer Markt i Michaelerplatz. W jednej z fontann na tym placu myjemy ręce, które ociekają sokiem z lodów. Potem wkraczamy w główną bramę Hofburgu i przez Heldenplatz, na którym stoi kilka autokarów (parking w samym centrum), dochodzimy do ogromnego pomnika Marii Teresy, a potem dalej - do Volkstheater i na Burggasse. Odkrywamy tutaj polską księgarnię (dokładny adres: Burggasse 22). Z wieczornego spaceru wracamy bardzo zmęczeni i raczymy się wodą z kranu, która w Wiedniu jest bardzo dobrej jakości i dlatego nadaje się do picia.

DZIEŃ III (23.07): BRUEGEL

Rano dojeżdżamy samochodem do centrum miasta, na Brandstätte, niemal pod samą katedrę św. Szczepana (lub - jak podają niektóre przewodniki - św. Stefana). Udajemy się na pobliski Hoher Markt, przechodząc kolumnadą przez Rottenturmstrasse, gdzie znajduje się niedrogi (jak na warunki Austriackie) sklep z kanapkami. Hoher Markt był niegdyś centrum rzymskiej osady, Vindobony, z której powstał Wiedeń. Godna szczególnej uwagi jest tutaj niezwykła Vermählungsbrunnen (fontanna Zaślubin), przedstawiająca arcykapłana udzielającego ślubu Maryi i Józefowi pod wykonanym z brązu baldachimem i pozłacanym promieniejącym słońcem.



Tutaj po raz pierwszy zwraca moją uwagę również sposób, w jaki Austriacy chronią swoje zabytki przed niepożądaną obecnością gołębi. Otóż w pewnych miejscach zainstalowana jest zielona siatka, utkana z drobniutkich żyłek, które są właściwie niewidoczne z pewnej odległości i nie zakłócają przyjemności oglądania zabytków. Dzięki temu wszystkie pomniki, fontanny, rzeźby i tablice pamiątkowe - są czyste. Hoher Markt ma jednak do zaoferowania jeszcze jedną niezwykłą rzecz. Chodzi, oczywiście, o Ankeruhr - pozłacany zegar figurkowy, umieszczony na przewiązce łączącej dwa budynki. Pojawia się na nim co godzinę jedna z figurek postaci znanych z historii Wiednia, a w południe - o czym sami mieliśmy się innego dnia przekonać - oglądać można cały ich korowód.



Wracamy na Stephansplatz. "Zwiedzamy" potężną katedrę (Stephansdom) z zewnątrz (niesamowita fasada, kolorowe dachówki, wieże i niewielkie płaskorzeźby wokół głównego wejścia, czyli Bramy Olbrzymów) oraz wewnątrz (wyrzeźbiona w kamieniu kazalnica Pilgrama, organy, kaplice na obu końcach transeptu).





Nie schodzimy jednak do katakumb i nie wchodzimy na żadną z wież. Przy głównym wejściu spotkać można żebraków, którzy jednak siedzą nieruchomo z wyciągniętą dłonią, nie narzucając się zwiedzającym. Po wyjściu z katedry oglądamy nowoczesny, szklany budynek Haas Haus, który znajduje się przy Stephansplatz i kontrastuje z gotycką fasadą katedry.



Wchodzimy w Graben, najelegantszą - obok Kohlmarkt - ulicę handlową Wiednia. Znajduje się tutaj Pestsäule (kolumna Zarazy) wzniesiona dla upamiętnienia epidemii z 1679 roku. To uczta dla oczu: widzimy kłębowisko obłoków, świętych i aniołów, pod którym cherubin wbija pochodnię w wnętrzności starej wiedźmy symbolizującej zarazę.





Następnie udajemy się na Dorothergasse, przechodzimy obok czerwonego budynku Dorotheum, głównego wiedeńskiego domu aukcyjnego, i dochodzimy do Michaelerplatz.



Mijamy rzeźbioną fontannę, w której wczoraj myliśmy ręce i która wbudowana jest w jedną ze ścian cesarskiego pałacu, Hofburgu. Po prawej, na rogu Kohlmarkt i Herrengasse widzimy Loos Haus, budynek, który wyjątkowo nie podobał się Franciszkowi Józefowi i został przezeń nazwany "budowlą bez brwi", albowiem nie posiadał rzeźbionych gzymsów nad oknami. W chodzimy w główną bramę Hofburgu.

Nad sobą mamy potężną kopułę, pod którą przechodzimy do In Der Burg, gdzie znajduje się pomnik cesarza Franciszka w rzymskiej todze i gdzie rezyduje obecnie prezydent Austrii. Wchodzimy następnie na Heldenplatz, na którym stoją pomniki arcyksięcia Karola i księcia Eugeniusza Sabaudzkiego i z którego otwiera się wspaniały widok na ratusz i parlament przy Ringstrasse.



Cały Hofburg to mieszanina różnych stylów architektonicznych. Pałac budowano (a właściwie - rozbudowywano) ponad 700 lat. Istniał bowiem niepisany zwyczaj, że nowy cesarz nie mógł korzystać z komnat poprzednika. Nie decydujemy się jednak na zwiedzanie licznych pałacowych muzeów (Apartamenty Cesarskie, kolekcja dworskich sreber i porcelany, skarbiec, Hiszpańska Szkoła Jazdy Konnej, Międzynarodowe Muzeum Esperanto, Muzeum Teatru, Kolekcja Papirusów, Muzeum Efezu etc.), wchodzimy natomiast do parku Marii Teresy i udajemy się w kierunku Kunshistorisches Museum (Muzeum Historii Sztuki).



Sprawdzamy ceny biletów. Bilet normalny: 9 euro. Wchodzimy do środka i potężnymi schodami (ogromny posąg Tezeusza walczącego z Centaurem na półpiętrze) udajemy się od razu na górę, by zobaczyć Gemaldegälerie (galerię malarstwa). Zaczynamy zwiedzanie z planem sal w ręku. Szczególnie zależy mi na zobaczeniu obrazów Bruegela (czekałem na tę chwilę kilka lat). W sali nr IX podchodzi do nas strażnik i - jakby czytając w moich myślach - informuje po angielsku, że - w związku z wystawą czasową - doszło do pewnej reorganizacji i obrazy Bruegela wiszą w sali nr XII, a nie w sali nr X. Część z osób, które poruszają się po muzeum, korzysta cały czas z audioguide - przewodnika w postaci słuchawki telefonicznej, dostępnego również w języku angielskim (nigdzie pod obrazami nie ma bowiem podpisów w języku Szekspira). Oglądamy płótna Flamandów, dochodzimy w końcu do sali Bruegela "kwietnego" (syna), zaś obok znajduje się to, co skłoniło mnie do odwiedzenia tego muzeum - sala z obrazami Bruegela (ojca). Znajdziemy tutaj to, co najważniejsze: "Wieżę Babel", "Wesele chłopskie", "Zabawy dziecięce", "Walkę karnawału z postem", "Taniec chłopski", "Łowcę gniazd", "Rzeź niewiniątek", a przede wszystkim - cztery obrazy z cyklu "Pory roku". "Wesele" jest właśnie kopiowane przez wysokiego mężczyznę. Obrazy mają duży format, znacznie większy niż przypuszczałem. Zatrzymuję się dłużej przed "Zimą": płomienie przed chatą i zmrożone gałęzie wyglądają o wiele lepiej niż na reprodukcjach.



(Skrótowy i pobieżny charakter tej relacji nie pozwala, by opisywać dokładnie nasze wrażenia, ale jedno jest pewne: albumy z malarstwem nie są w stanie oddać kolorystyki i głębi obrazu). Przygotowuję aparat, by zrobić zdjęcie. Podchodzi do mnie strażniczka i prosi o wyłączenie lampy błyskowej. Gdy jednak słyszy, że rozmawiamy ze sobą po polsku, zwraca się do nas w ojczystym języku. To Polka! Krótko z nami rozmawia i umożliwia zrobienie zdjęcia z malarzem, który kopiuje "Wesele chłopskie". Kilkanaście minut krążymy po sali Bruegela. Niestety, musimy iść dalej. Najpierw - Rubens, Rembrandt, potem - Włosi: Tintoretto, Caravaggio, Rafael, Tycjan. Tylu geniuszy, a tak mało czasu. Nagle w niewielkiej sali, schowanej w cieniu głównych pokoi, odnajduję perłę: "Alegorię malarstwa" Vermeera (mapa z obrazu robi piorunujące wrażenie).



Wychodzimy z Gemaldegälerie. Przechodzimy przez bardzo drogą kawiarnię w górnym foyer i udajemy się na dół. Pora na zabytki starożytności. Oglądamy egipskie mumie, rzeźby, hieroglify. Niestety, okazało się, że wystawa poświęcona starożytnej Grecji jest tymczasowo zamknięta. Przypominamy sobie raptem, że nie udało nam się zobaczyć u góry obrazów Arcimbolda. A przecież zwiedzaliśmy Gemaldegälerie dokładnie.



Wracamy na pierwsze piętro. W końcu dowiadujemy się od jednego ze strażników, że Arcimbolda przeniesiono na parter, gdzie urządzona została wystawa poświęcona dynastii Habsburgów. Tam właśnie kierujemy swoje kroki. Podziwiamy szaty i insygnia królewskie, portrety pośmiertne, stare księgi zielarskie i, rzecz jasna, obrazy Arcimbolda. Oglądamy następnie pamiątki w muzealnym sklepie i wychodzimy z Kunshistorisches Museum.



Pada deszcz. Chowamy się pod drzewami w parku Marii Teresy i zmierzamy w kierunku Burggarten (obok Hofburgu), cesarskiego ogrodu w stylu angielskim. Oglądamy tam pomnik Mozarta, po czym siadamy na ławce i - podobnie jak wielu innych turystów - jemy drugie śniadanie. Przechodzimy następnie obok budynku cesarskiej oranżerii i insektarium (Schmetterlinghaus), wchodzimy w ulicę Goethego, następnie w Kartnerstrasse.





Jesteśmy spragnieni, więc pijemy wodę ze specjalnie do tego przygotowanej " ulicznej fontanny". Oglądamy piękną architekturę Kartnerstrasse.



Po drodze wchodzimy do niewielkiego jednonawowego Malteserkirche (kościoła Kawalerów Maltańskich). Vis-a-vis znajduje się sklep z drogim szkłem i kryształami, J. & L. Lobmeyr, który warto odwiedzić chociażby ze względu na zachwycające żyrandole i zastawy stołowe (nieoficjalne muzeum mieści się na drugim piętrze butiku). Jeden z futurystycznych żyrandoli, które oglądaliśmy, kosztował tam 30 000 euro.



Udajemy się na Neuer Markt i wchodzimy do skromnego Kapuzinerkirche (kościół Kapucynów), w podziemiach którego (w Kaisergruft) chowani byli wszyscy cesarze. Wejście do krypty znajduje się 15 metrów od wejścia do kościoła. Nie wchodzimy tam jednak.



Wracamy na deptak (Kartnerstrasse), przechodzimy obok głównego domu handlowego (Steffl) i po raz kolejny kupujemy wyjątkowo dobre lody na rogu Kartnerstrasse i (bodajże) Plankengasse (znowu po dwie gałki). Ze Stephansplatz skręcamy w Domgasse, gdzie znajduje się dom (Figarohaus), w którym mieszkał Mozart. Zielony budynek nie prezentuje się najlepiej: na parterze jest wybita szyba, a na dziedzińcu (nota bene ładnym) stoją kubły na śmieci. Naszą uwagę zwraca natomiast sklep z cudownymi maskami weneckimi, znajdujący się naprzeciw Figarohaus.

Wracamy na Stephanplatz, przechodząc obok postoju dorożek (konie są przystrojone na rożne, bardzo wymyślne sposoby). Odpoczywamy przez chwilę na ławce pod katedrą. Podchodzi do nas jakiś pijaczyna i prosi o szluga. Nikt z nas jednak nie pali. Udajemy się po raz kolejny na Hoher Markt, przechodzimy pod secesyjnym zegarem, przez Fleishmarkt (dawny targ mięsny) i kierujemy się na Seitenstettengasse, gdzie znajduje się jedyna synagoga (Stadttempel), której naziści nie zniszczyli w noc kryształową.



Okna synagogi są zasłonięte, zaś u wylotu ulicy stoi uzbrojony policjant, który cały czas przygląda się okolicy. To konsekwencja napadu terrorystycznego na synagogę w 1983 roku, w wyniku którego zginęły trzy osoby. Skręcamy w prawo i dochodzimy do niewielkiego, szarego i malowniczo tonącego w bluszczu Ruprechtskirche (kościół św. Ruperta). W oddali widać już nową część miasta (potężne, szklane budowle).



Wracamy przez Judengasse na Hoher Markt. Po drodze moją uwagę zwraca interesujący szyld (Szekspir na kolorowym tle) angielskiej księgarni Shakespeare & Co Booksellers. Postanawiam, że wrócę w to miejsce.

Wchodzimy w Tuchlauben i dochodzimy do Petersplatz, gdzie znajduje się Peterskirche (kościół św. Piotra) z kopułą pokrytą zieloną patyną.



Niestety, ołtarz tego wspaniałego barokowego kościoła jest akurat poddawany renowacji. Zwracamy jednak uwagę na kunsztowne zdobienia boków ławek kościelnych i rozmieszczone na nich pozłacane lampy. Duże wrażenie wywiera na nas także ogromna kopuła z freskiem "Wniebowzięcie NMP" Rottmayra. Po zwiedzeniu Peterskirche udajemy się na Brandstrasse i wracamy do domu.

DZIEŃ IV (24.07): OD TUBERCULOSUM DO PACYNEK

Do centrum dostajemy się (po raz pierwszy) autobusem 48A. Pod Volkstheater wsiadamy do metra i linią U2 (kierunek: Schottenring) docieramy od Schottentoru. Posługujemy się tzw. 8-Tagen-Karte, biletem ośmiodniowym (wielokrotnego kasowania), zachowującym ważność przez dwadzieścia cztery godziny od momentu każdego kolejnego skasowania i uprawniającym do przejazdu wszystkimi środkami transportu (autobus, metro, kolejka podmiejska, tramwaj) w obrębie miasta. Jedna osoba może korzystać z karnetu przez osiem dni, dwie osoby - przez cztery dni etc. Cena 8-Tagen-Karte: 24 euro. (Jednodniowy bilet wielokrotnego przejazdu dla jednej osoby kosztuje aż 5 euro). W czasie tej podróży zauważamy liczne udogodnienia, z których korzystać mogą również (lub przede wszystkim) osoby niepełnosprawne: po pierwsze, wejście do autobusu nigdy nie znajduje się znacznie powyżej poziomu chodnika; po drugie, w czasie jazdy przed każdym przystankiem na tablicy w autobusie (lub metrze) wyświetla się nazwa ulicy, na której (lub pod którą) zatrzymuje się autobus (lub metro), zaś z głośnika rozlega się głos, informujący pasażerów o nazwie przystanku, a także o miejscach, które znajdują się w jego pobliżu; po trzecie, na ważniejszych przystankach umieszczona została elektroniczna tablica, na której wyświetla się czas pozostały do przyjazdu autobusu (lub metra). Transport przebiega tutaj bardzo sprawnie: autobusy i tramwaje jeżdżą średnio co 10 minut, a metro - co 3 minuty. Chociaż w Wiedniu ruch jest duży, środki publicznego transportu raczej się nie spóźniają.

Po wyjściu ze stacji metra podążamy Universitatstrassse. Po prawej widzimy w oddali bryłę Votivkirche (kościół Wotywny), a po lewej budynek Rathaus (ratusz). Od strony Haulerstrasse wchodzimy do zabudowań Altes Allgemeines Krankenhaus (stary szpital), gdzie mieści się kilka wydziałów uniwersytetu. Natrafiamy na tablicę z planem kompleksu i szukamy na niej dziedzińca nr 13. Tam bowiem usytuowany jest nasz cel: Pathologisch-anatomische Bundesmuseum (Krajowe Muzeum Anatomii Patologicznej) mieszczące się w dawnym, zamkniętym w 1866 roku szpitalu dla obłąkanych w Narrenturm (Wieży Szaleńców). Śpieszymy się, bo muzeum jest otwarte tylko do godziny 11 (i tylko dwa dni w tygodniu). Mijamy dwa dziedzińce i w końcu odnajdujemy wieżę. Pięciopiętrowy gmach, który przypomina więzienie (niewielkie okna), nie jest zbyt wysoki, ale ma duży obwód: na każdym piętrze jest 28 salek.



Wchodzimy do środka. Bilet (z rysunkiem bakterii, przekrojem wieży i podobizną fundatora Narrenturm, cesarza Franciszka) kosztuje 2 euro. Najpierw rozmawiamy z pracownicą muzeum (wszyscy są w kitlach) po angielsku, a później przechodzimy na rosyjski: okazuje się, że możemy ze sobą wnieść plecaki, ale obowiązuje tutaj całkowity zakaz robienia zdjęć i, co ciekawe, spożywania posiłków. Agnieszka rozmienia pieniądze u lekarza, którego później nazywa - nomen omen - dr Frankensteinem. Przekraczamy elektroniczną bramkę i zaczynamy rozumieć, że ten ostatni zakaz związany był nie tylko z ochroną eksponatów, ale przede wszystkim - z dobrem samych zwiedzających. To muzeum dla ludzi o silnych nerwach i mocnym żołądku: w ciasnych salkach, gdzie niegdyś przetrzymywano obłąkanych i w których unoszą się teraz mdłe zapachy, rozmieszczono dziesiątki eksponatów mogących przyprawić każdego o mdłości. Widzimy zniekształcone przez różnego rodzaju choroby (gruźlica płuc, kości, syfilis etc.) narządy (palce, dłonie, płuca, żołądek, jelita, macica etc.) zakonserwowane w formalinie, szkielety ludzkie (także dziecięce) zdeformowane w potworny sposób, stary, kamienny stół do sekcji zwłok, dawne protezy, zrekonstruowany gabinet dentystyczny i ginekologiczny, naczynia na medykamenty i wiele innych, przerażających eksponatów. Przy wyjściu oglądamy sklepik z pamiątkami, a po wyjściu oddychamy z ulgą świeżym powietrzem i udajemy się do Votivkirche.



Kościół Wotywny to z pewnością najpiękniejsza budowla o charakterze religijnym, jaką widzieliśmy w Wiedniu. Przypomina monumentalne gotyckie katedry z Kolonii i Chartres. Został wzniesiony w pobliżu miejsca, gdzie dokonano nieudanego zamachu na Franciszka Józefa. Niestety, kamień, z jakiego wykonano kościół, nie był najlepszego gatunku i biały niegdyś gmach stał się niemalże czarny. Na szczęście już połowa elewacji kościoła została odnowiona. Po zwiedzeniu wnętrza Votivkirche (przepiękne witraże!) udajemy się Reichstrasse w kierunku ratusza.



Potężny Rathaus - z neogotycką wieżą, wieżyczkami i fasadą - sam przypomina katedrę. Przed ratuszem zainstalowany został ogromny ekran, na którym co wieczór (z zapadnięciem zmroku) wyświetlane są w lipcu i sierpniu przedstawienia operowe lub koncerty muzyki poważnej. (O tym, jak niezapomniane to przeżycie, będziemy się mogli wkrótce przekonać).

Przez Rathausplatz idziemy w stronę kolejnego z pięknych ogrodów Hofburgu, Volksgarten.



O ile Burggarten, w którym wczoraj jedliśmy drugie śniadanie, był ogrodem w stylu angielskim (dzikość), o tyle Volskgarten to typowy ogród francuski (porządek): wszędzie znajdują się harmonijnie rozłożone klomby róż, żywopłoty i krzewy obok fontann są równo przycięte, a w środku umieszczono dorycką Theseus-Tempel (świątynię Tezeusza), replikę ateńskiego Tezejonu.



W tym miejscu kończy mi się pierwsza rolka filmu do aparatu. Siadamy więc na ławce i wkładam do aparatu następną. Później udajemy się na Heldenplatz. Przed sobą widzimy park Marii Teresy, a w nim bliźniacze budynki Naturhistorisches Museum i Kunsthistorisches Museum. To ostatnie zwiedzaliśmy wczoraj. Dzisiaj więc kolej na pierwsze.

Bilet (ze zdjęciem gmachu muzeum) kosztuje 6,5 euro. Najpierw oglądamy urządzone na parterze Vivarium z różnymi gatunkami ryb. Niektóre akwaria i okazy wyglądają niesamowicie.



Potem zwiedzamy poszczególne sale na parterze wedle kolejności: minerały (tysiące okazów, część z Wieliczki), kamienie szlachetne (m.in. struś zrobiony 761 drogich kamieni i 2102 diamentów), meteoryty (w tej sali znajduje się też wspaniałe, zabytkowe astrolabium), antropologia i ewolucja (rekonstrukcje wiosek ludzi pierwotnych, znaleziska archeologiczne, przyrządy i narzędzia z ery kamienia, brązu i metalu, szkielety naszych przodków umieszczone we wspaniałych, podłogowych gablotach etc.). Zatrzymujemy się na dłużej przy dwóch ogromnych ekranach: na jednym z nich uruchamiać można komputerowe animacje poświęcone ewolucji poszczególnych zwierząt, a na drugim - obserwować, poruszając przy tym kołem sterowniczym, jak przemieszczały się przez tysiące lat poszczególne kontynenty i jak będzie wyglądał ich układ za dwa miliony lat (tak, wtedy będzie to właściwie jeden kontynent).





W innym miejscu odnajdujemy z kolei ekran, na którym wyświetlana jest animacja dotycząca powstawania i kształtowania się powierzchni Ziemi. Pod koniec zwiedzania sal na parterze trafiamy do niewielkiego pomieszczenia, w którym wystawiona jest kopia (oryginał jest zbyt cenny) niezwykłego okazu Muzeum Przyrodniczego: w niewielkiej, podświetlonej gablocie spoczywa posążek Wenus z Willendorfu (oryginał ma 25 tysięcy lat).



Zmierzamy na pierwsze piętro. W Kunsthistorisches Museum znajdował się na półpiętrze posąg Tezeusza, tutaj zaś powieszono obraz przedstawiający fundatora kolekcji muzealnej, Franciszka Józefa, trzymającego w dłoni emerald, który do dziś znajduje się w zbiorach Naturhistorisches Museum. Można go oglądać w gablocie pod obrazem. Najwyższe piętro budynku jest z kolei poświęcone zoologii. Widzimy tutaj tysiące wypchanych gatunków zwierząt (naturalnej wielkości): ssaków, ptaków, gadów, płazów, ryb, owadów. Nie brakuje też, rzecz jasna, szkieletów dinozaurów.





Z zainteresowaniem oglądamy gablotę, w której umieszczono wszystkie rodzaje znoszonych przez zwierzęta jaj: od najmniejszego do największego. Szczególny podziw budzi w nas jednak sala nr 21, czyli tzw. Microtheatre. Okna są tutaj pomalowane w kształty owadów, na środku znajduje się scena teatralna, gdzie - przy dźwiękach muzyki klasycznej - oglądamy niezwykłe sceny z życia mikroskopijnych organizmów. Z boku stoją narzędzia badawcze, z których można dowolnie korzystać. Obok jest również panoptikum z dwoma trójwymiarowymi wizjerami, przez które można podejrzeć cuda natury.





Kończymy zwiedzanie. Przechodzimy przez Cafe Nautilius, obok sklepu z pamiątami i podziwiamy przepiękne wnętrza muzeum. Schodząc po schodach, zwracamy jeszcze uwagę na niewielką, "trójwymiarową" wystawkę, która dotyczy kamieni szlachetnych w "Czarodziejskim flecie" Mozarta. Odbieramy nasze plecaki z szatni i psioczymy na brak tabliczek pod okazami w jakimkolwiek innym języku niż niemiecki. Jesteśmy jednak bardzo zadowoleni, mamy też sporo zdjęć, które można było w tym muzeum robić do woli. Do parku Marii Teresy wychodzimy z ulgą, chociaż na dworze jest upał: w muzeum (a zwłaszcza w dziale minerałów) panował bowiem nieznośny zaduch. Szukamy jednak cienia. Pora też coś zjeść.

Na piknik udajemy się - podobnie jak wczoraj - do Burggarten. Siadamy pod jednym z rozłożystych drzew. Przed sobą widzimy mury Hofburgu i pałacową oranżerię. Agnieszka żartuje: "Jemy w tym samym miejscu, w którym jedli cesarze". Rzeczywiście, Burggarten był miejscem, w którym dworzanie i cesarz często spożywali posiłki. Odpoczywamy, a potem decydujemy się na zobaczenie Kaisergruft (Krypty Cesarskiej) w kościele Kapucynów. Przez Albertinaplatz dostajemy się na Neuer Markt. Przy wejściu do krypty byliśmy już wczoraj. Wtedy opłaty za wstęp pobierał brodaty mnich, dzisiaj jest to starsza kobieta. Wstęp kosztuje 3.60 €. Schodzimy do podziemi kościoła. Przy wejściu położone są potężne sarkofagi (ze stopu cyny z ołowiem) poszczególnych członków rodziny cesarskiej. To kłębowisko wyrzeźbionych czaszek, insygniów, postaci. Niektóre trumny są skromne, inne zaś - barokowo zdobione. Krypta Marii Teresy w całości zajęta jest przez potężny (3 m wysokości, 3 m szerokości, 6 m długości) rokokowy sarkofag.



Przystajemy przed nim z podziwem. Z przepychem tej krypty kontrastują natomiast pomieszczenia, w których znajdują się skromne trumny ostatniej cesarzowej, Zyty (zmarłej w 1989 roku), i Franciszka Józefa (przy jego sarkofagu zawsze położone są świeże kwiaty).





Robimy zdjęcia niektórych płaskorzeźb, potem wychodzimy z krypty i udajemy się na Michaelplatz. Wchodzimy do gotyckiego Michaelkirche (kościół św. Michała), by zobaczyć rokokowy relief "Upadek aniołów" w apsydzie ponad ołtarzem. To niezapomniany widok: relief właściwie "rozsadza" całą apsydę, wychodząc niejako do nawy głównej.



Następnie wchodzimy w pobliską ulicę Kohlmarkt. Zahaczamy tutaj o najsłynniejszą w Wiedniu cukiernię, Demel, gdzie czas zatrzymał się w miejscu (Demel nadal reklamuje się jako "ck cukiernicy", a ceny podawane są tam nie tylko w euro, ale i w szylingach). Spotyka mnie tam niemiła przygoda: zderzam się gwałtownie z kelnerką, która niesie tacę z wieloma naczyniami. Na szczęście żadne z nich nie ląduje na podłodze. Następnie udajemy się Walnerstrasse w stronę najsłynniejszej wiedeńskiej kawiarni - Café Central. Niestety, akurat w tym miejscu jacyś robotnicy wiercą dziurę w drodze, wzniecając przy tym kłęby kurzu i dymu oraz uniemożliwiając nam zobaczenie tej kawiarni nawet z zewnątrz. Przedzieramy się przez tumany kurzu w stronę Am Hof. Odpoczywamy tutaj na ławce przy postoju taksówek, podziwiając zarazem ten największy plac śródmieścia i znajdującą się na nim kolumnę Mariensäule. Barokowy Kirche am Hof jest zamknięty, więc udajemy się od razu ulicę Schulhof, gdzie mieści się Uhrenmuseum (Muzeum Zegarów) oraz chętnie odwiedzane przez turystów Puppen und Spielzeug Museum (Muzeum Lalek i Zabawek).

Schulhof to w zasadzie niewielki, ale bardzo ładny plac, który zawdzięcza swój urok głównie pięknie przystrojonej bramie do Muzeum Lalek (zabawki wplecione w zielone gałązki) oraz zajmującej witrynie sklepu ze starymi zegarami. Wchodzimy przez kolorową bramę na dziedziniec Schulhof 4, a następnie - po schodach - na pierwsze piętro. Za bilet (z kilkoma zabawkami na szarym tle) do Puppen und Spielzeug Museum trzeba zapłacić 9,7 euro. Przyglądamy się biedermaierowskim figurkom z porcelany, lalkom przedstawiającym mieszkańców Afryki, Ameryki i Chin, skromnym zbiorom pociągów i pluszowych misiów, teatrowi marionetek, ekranowi z teatru cieni oraz domkowi dla lalek, który wyposażony jest w oryginalny secesyjny serwis do kawy. Wolno tutaj robić zdjęcia (bez lampy błyskowej). Po kilkunastu minutach opuszczamy niewielkie w gruncie rzeczy muzeum. Przyglądamy się w zachwycie pobliskiej witrynie sklepu z zegarami.

Potem wchodzimy na Judenplatz, gdzie mieściło się wiedeńskie getto dla Żydów. Znajduje się tutaj niezbyt interesujący Holocaust-Mahnmal (pomnik Ofiar Holocaustu) i Museum Judenplatz. W tym miejscu po raz kolejny widzimy uzbrojonego policjanta. Wczoraj - obok synagogi na Judengasse, dziś - na Judenplatz. Nigdzie indziej nie widzieliśmy policjantów w Wiedniu. Tylko w tych dwóch miejscach. Próbuję zrobić zdjęcie pomniku Lessinga, ale przeszkadza mi w tym trochę gruchająca pod nim para.

Przedostajemy się na Hoher Markt, a stamtąd pod Shakespeare & Co Booksellers. Wczoraj obiecałem, że tutaj wrócę. Na witrynie zwraca moją uwagę opasły tom "Collected Poems" Roberta Lowella, ale sama księgarnia (a zwłaszcza dział "Literary Criticism") rozczarowuje. Idziemy na Stephansplatz. Po raz kolejny wchodzimy do katedry, ale tym razem postanawiamy wyjechać windą na wieżę północną (Adlerturm), aby obejrzeć ogromny dzwon Pummerin i panoramę Wiednia.



Bilet (z piękną ryciną przedstawiającą Pummerina), który kosztuje 4 euro, kupujemy u mężczyzny obsługującego windę. Na górze wchodzimy na kolejne kondygnacje po wąskich schodach i podziwiamy niesamowitą panoramę miasta (widzimy po raz pierwszy w oddali diabelski młyn na Praterze i wiele ogródków na dachach domów) oraz szczegóły fasady katedry (dachówki, rzeźby, zdobienia). Zjeżdżamy na dół i na Stephansplatz wsiadamy do metra, potem przesiadamy się na autobus 48A i wracamy do domu.

Alpy Włoskie oraz Austriackie w obiektywie...

Przejazd przez Alpy (10 godzinny) był po troszę przy okazji powrotu z Włoch...
Dobrze, że pogodę trafiliśmy, która na koniec dnia się zepsuła i lało jak.....

Nie dam rady opisać wszystkiego co jest na zdjęciach i gdzie to dokładnie było. Miejsca w Alpach są tak do siebie podobne, że...
Chodzi mi tutaj w zasadzie o pokazanie piękna naszego globu...

1.


2.


3.


4.


5.


6.


7.


8.


9.


10. Drogi są przepiękne a takie kręte, że czasami musiałem jechać na pierwszym biegu (tak stromo) na maksymalnie skręconych kołach.... autokary większość zakrętów "brały" na dwa razy


11.


12.


13.


14.


15. Taki tłok był na przełęczy Passo di Giau 2239 m.n.p.m. Motocykli jeździło za trzęsienie (więcej od samochodów) co zresztą bardzo mi odpowiadało jako byłemu (i przyszłemu) motocykliście.....


16. Dojeżdżamy tym tunelem, który widać na zboczu do punktu widokowego z którego podziwiać można szczyt Grossglockner 3797 m.n.p.m. (Austria)...


17. A to główny sprawca naszej wojaży....... sam szczyt Grossglockner 3797 m.n.p.m. (pierwszy od prawej) a u jego podnóża taki duży zbiornik na wodę, która z niego spływa, bo jak wiadomo spływa ze szczytu takim szerokim lejem lodowiec......


18. A tak sprytni i bogaci Austriacy rozwiązali parking samochodowy.... tak żeby sobie można było wjechać na samą górę na czwarte piętro i jak komuś pasuje oglądać z samochodu pod gołym niebem szczyt z którego Oni sami są bardzo dumni...


19. Grossglockner oraz "słynny" lodowiec (w tym szerokim leju) zamienia się na samym dole w rzekę......


20. Zwierzaczki zamieszkujące Alpy..... kozice górskie (zoom optyczny+cyfrowy niestety) oraz te co "zawijają w te sreberka"...


21.


22.


23. Ostatnia przełęcz ale za to najwyżej położona.....


Dla zainteresowanych po kolei większe miejscowości przez które jechaliśmy od Włoch licząc:

Ravenna -> Mestre -> Treviso -> Feltre -> Cortina d'Ampezzo przez przełęcze Passo di Cereda 1369 m.n.p.m. oraz wspomnianą Passo di Giau 2239 m.n.p.m. -> Toblach -> Lienz -> w Winklern wjeżdżamy na trasę w parku Narodowym Grossglockner Hochalpenstrasse (wjazd płatny dla samochodu osobowego 26 eur.) -> przez ostatnią przełęcz Hochtor zjazd na tereny "nizinne" i stamtąd jak najszybciej do autostrady i na POLAND

Ogółem za kierownicą 25 godzin i niespełna 1300km.... ale warto było